Wirus H5N1 oficjalnie już wszędzie
Przez lata Australia pozostawała ostatnim kontynentem wolnym od wysoce zjadliwego wirusa ptasiej grypy H5N1, ale właśnie potwierdzono pierwsze przypadki zakażenia u dzikich ptaków na tym obszarze.
H5N1 oficjalnie dotarł już do każdego zakątka globu. Choć obecnie nie ma dowodów na masowe wymieranie ptactwa w Australii, tamtejsze służby pozostają w stanie najwyższej gotowości. Do specjalnej infolinii zgłoszono już kilkadziesiąt przypadków chorych lub martwych osobników, a intensywne badania mają odpowiedzieć na kluczowe pytanie: czy wirus zdążył już zadomowić się w lokalnych populacjach dzikich ptaków?
Panzootia, jakiej świat jeszcze nie widział
H5N1 od dawna przestał być problemem wyłącznie hodowców drobiu. Od 2021 r. świat obserwuje największą w historii panzootię, czyli epidemię obejmującą wiele gatunków zwierząt na różnych kontynentach. Skutki są dramatyczne. Wirus wykryto u ponad 560 gatunków dzikich ptaków i ponad 100 gatunków ssaków. Z jego powodu padły lub zostały wybite setki milionów sztuk drobiu. Straty ekonomiczne liczone są w miliardach dolarów, a konsekwencje odczuwają także konsumenci – na przykład w USA, gdzie znacząco wzrosła cena jaj.
Jeszcze bardziej niepokojący jest wpływ patogenu na dziką przyrodę. H5N1 nie oszczędza kolonii albatrosów, pingwinów, fok, lwów morskich czy wydr. Na należącej do Australii wyspie Heard wirus zabił ponad 13 tys. młodych słoni morskich, czyli przeszło trzy czwarte całej populacji urodzonej w jednym sezonie, oraz spowodował zwiększoną śmiertelność pingwinów.
Australia straciła naturalną barierę
Kontynentalna Australia długo pozostawała wyjątkiem. Izolacja geograficzna oraz specyficzne szlaki migracyjne skutecznie chroniły ten region przed H5N1, mimo że wirus rozprzestrzenił się już wcześniej w Europie, Azji, obu Amerykach, Afryce, a nawet na Antarktydzie. Warto dodać, że w Australii pierwszy przypadek zakażenia człowieka tym patogenem wykryto już w 2024 r., ale dotyczył on 2,5-letniej dziewczynki, u której do infekcji doszło de facto podczas podróży do Indii.
Pierwszym zakażonym ptakiem na kontynencie okazał się wydrzyk brunatny – migrujący gatunek związany z obszarami subantarktycznymi. Wkrótce wykryto także zakażenie u petrela olbrzymiego znalezionego w tej samej okolicy.
Na razie nie stwierdzono ognisk u drobiu hodowlanego ani masowego pomoru dzikiego ptactwa. Jednak doświadczenia z innych części świata pokazują, że właśnie od pojedynczych przypadków często rozpoczynało się dalsze rozprzestrzenianie transmisji. Dla Australii problem ma szczególny wymiar. Kontynent ten jest domem dla wielu endemicznych gatunków, których nie spotyka się nigdzie indziej na świecie. Część z nich już dziś znajduje się na granicy wyginięcia.
Największe obawy dotyczą gatunków żyjących w koloniach, zwłaszcza ptaków wodnych oraz ssaków morskich. Jeżeli wirus zacznie krążyć wśród dzikiej fauny, możliwości jego zatrzymania będą bardzo ograniczone. W przeciwieństwie do ferm drobiu nie można przecież izolować czy szczepić całych populacji dzikich zwierząt. H5N1 może zatem stać się nie tylko problemem weterynaryjnym czy gospodarczym, ale również jednym z najpoważniejszych zagrożeń dla bioróżnorodności XXI w.
Dlaczego H5N1 budzi tak duży niepokój?
Obawy naukowców wynikają nie tylko z ogromnej skali epidemii wśród zwierząt. H5N1 stale ewoluuje. Wirusy grypy należą do najszybciej zmieniających się patogenów. Podczas namnażania materiału genetycznego dochodzi do licznych błędów, ponieważ wirusy te nie dysponują mechanizmami ich skutecznej korekty. Dodatkowo ich genom podzielony jest na osiem segmentów, co umożliwia wymianę fragmentów materiału genetycznego pomiędzy różnymi szczepami podczas jednoczesnego zakażenia jednego gospodarza. Tak powstają nowe warianty o odmiennych właściwościach. Im więcej zakażonych zwierząt i im więcej gatunków ulega infekcji, tym większe stają się możliwości dalszej adaptacji.
Jeszcze kilkanaście lat temu zakażenia ssaków należały do rzadkości. Dziś H5N1 wykrywany jest regularnie u lisów, wydr, fok, lwów morskich, kotów, psów, norek, świń czy bydła mlecznego. Szczególnie niepokojące były wydarzenia z ostatnich lat. W Polsce latem 2023 r. potwierdzono niemal 50 zakażeń kotów, z których ponad połowa zakończyła się śmiercią zwierząt. W Stanach Zjednoczonych od 2024 roku wirus rozprzestrzenia się pomiędzy stadami krów mlecznych. Z kolei w Wietnamie doprowadził do śmierci dziesiątek tygrysów, lwów i lamparta, przebywających w ogrodach zoologicznych. W niektórych przypadkach obserwowano także transmisję wirusa pomiędzy ssakami, co świadczy o postępującej adaptacji H5N1 do nowych gospodarzy.
A co z ludźmi?
Na szczęście ryzyko dla ogółu społeczeństwa pozostaje obecnie niskie. Od 2003 r. do początku 2026 r. potwierdzono na świecie niespełna tysiąc zakażeń u ludzi w 25 krajach. Większość dotyczyła osób mających bezpośredni kontakt z zakażonym drobiem lub – w ostatnich latach – z chorym bydłem mlecznym w USA. Niepokoi jednak fakt, że w pojedynczych przypadkach wykrywano mutacje ułatwiające wirusowi rozpoznawanie receptorów obecnych w ludzkich drogach oddechowych oraz efektywniejsze namnażanie się w ludzkich komórkach. Do tej pory nie potwierdzono trwałej transmisji H5N1 z człowieka na człowieka. To właśnie brak tej cechy sprawia, że wirus nie jest dziś zdolny do wywołania pandemii.
Odpowiednio wcześnie wykryć moment
Coraz więcej specjalistów uważa, że właściwe pytanie nie brzmi, czy H5N1 może kiedyś wywołać pandemię, lecz czy uda się odpowiednio wcześnie wykryć moment, w którym nabędzie takiej zdolności. Nie oznacza to, że globalny kryzys zdrowotny jest nieunikniony ani że nastąpi w najbliższym czasie. Oznacza natomiast konieczność prowadzenia intensywnego nadzoru epidemiologicznego, sekwencjonowania nowych wariantów wirusa, monitorowania zakażeń u ludzi i zwierząt oraz przygotowywania się na ewentualną zmianę drogi szerzenia się patogenu. W myśl zasady: przezorny zawsze ubezpieczony.
Oczywiście ewentualna pandemia H5N1 nie byłaby powtórką sytuacji, którą kilka lat temu wywołał COVID-19. Świat znajduje się dziś w znacznie lepszej sytuacji niż przed pojawieniem się SARS-CoV-2. Po pierwsze, H5N1 nie jest zupełnie nowym wirusem – znamy go od blisko trzech dekad. Po drugie, dostępne są leki przeciwwirusowe stosowane w leczeniu grypy, takie jak oseltamiwir, które można także wdrażać w profilaktyce poekspozycyjnej. Po trzecie, opracowano również szczepionki przeciwko H5N1 przeznaczone dla osób z grup wysokiego ryzyka. Część państw rozpoczęła już ich wykorzystywanie w ramach przygotowań na czarny scenariusz. Inne, między innymi wybrane kraje Unii Europejskiej, zabezpieczyły do nich dostęp.
W epidemiologii skuteczna profilaktyka jest działaniem, zanim nastąpi kryzys
Pojawienie się H5N1 w Australii nie oznacza początku nowej pandemii. Jest jednak kolejnym dowodem na niezwykłe zdolności tego patogenu do pokonywania barier geograficznych i międzygatunkowych. Historia ostatnich kilku lat pokazuje, że przestał on być wyłącznie problemem ptactwa. Stał się globalnym zagrożeniem dla rolnictwa, dzikiej przyrody, bezpieczeństwa żywnościowego i – potencjalnie – zdrowia publicznego.
Największym błędem byłoby dziś uznać, że skoro wirus nadal nie przenosi się efektywnie między ludźmi, temat można odłożyć na później. W epidemiologii skuteczna profilaktyka zawsze polega na działaniu, zanim kryzys nastąpi, a nie dopiero wtedy, gdy stanie się faktem. W ostatecznym rozrachunku jest to również tańsze – i o tym warto pamiętać również w Polsce, która jest największym producentem drobiu w Unii Europejskiej. Australia właśnie się przekonała, że nawet najskuteczniejsze naturalne bariery nie chronią przed patogenami w nieskończoność.
Przeczytaj także: „Ebola – ryzyko gwałtownego wzrostu zakażeń”.
Artykuł opublikowano na stronie internetowej „Nauka i Zdrowie”.
Więcej tekstów z cyklu „Czy za granicą leczą lepiej?” po kliknięciu w poniższy baner.
.jpg)